|
Artykuł
29 sierpnia 2010 (20:39)
Hiper-torfia
Stało się. Coma wyrusza na podbój zachodu, a pewnie w dalszych planach i wschodu, północy i południa. Światło ujrzała bowiem długo wyczekiwana, przez kogoś na pewno, anglojęzyczna wersja ostatniego albumu Comy – „Hipertrofia”. Na wstępie zaznaczam, że nie słuchałem jej, bo inaczej ten tekst znalazł by się w dziale recenzje. Nawet nie jestem pewien czy chcę przesłuchać. Nie jest to bowiem, na szczęście, dokładne odwzorowanie dwupłytowego molocha, który zaserwowali muzycy swoim polskim słuchaczom, a jedynie wybór przełożonych na angielski z niego piosenek. Plus trzy bonusy. Zawsze chciałem zadać Piotrowi Roguckiemu pytanie dlaczego przestali pisać teksty po angielsku, bo na początku swojej drogi kilka piosenek po shakespearowsku powstało. Niestety nie było mi dane, bo nigdy nie mieli oni dla mnie czasu. Na szczęście teraz już wiem, że całą swoją lingwistyczną energię zostawili sobie muzycy Comy po podbój świata. Nie wiem czy postąpili do końca dobrze, bo akurat brak zrozumienia tekstów zespołu przemawiałby, akurat w tym przypadku, na jego korzyść. Nie jestem do końca przekonany, czy do rozumiejących mowę Królowej Brytyjskiej oczarują „subtelne” i „wyraziste” metafory Piotra Roguckiego. Oni takich grafomańskich poetów mają na pęczki. Cieszę się za to z kolei bardzo, że na krok taki muzycy Comy się zdecydowali. Czuję bowiem w kościach, że ich szturm na zagraniczne rynki skończy się jeszcze szybciej niż wycieczka za Odrę pewnego zespołu z Mysłowic. Zespołu, dodajmy, który muzycznie predyspozycje do porwania się na taki podbój miał o wiele większe. I dobrze by muzykom Comy takie otrząśnięcie zrobiło. W Polsce bowiem, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn zazwyczaj czci się ziemię, po której muzycy Comy stąpają nie zauważając jak obleśne w niej potrafią odcisnąć ślady. Na zachodzie nic tak się z nimi cackał, mam nadzieję, nie będzie. A jeśli czegoś trzeba Roguckiemu i spółce, to właśnie kubła zimnej wody na głowę i odrobinę konstruktywnej krytyki. Bo w gruncie rzeczy piosenki to oni piszą nienajgorsze. Jednak po sukcesie swojego debiutu i zderzeniu z morzem fanatycznych fanów dali się porwać falom swojego sukcesu. Ba, moim zdaniem się nimi zachłysnęli, jeśli nie udławili. Mam wczesną wersję piosenki „Cisza i ogień” wykonywanej na żywo. Tej jedynej, której mi na ich wydawnictwach zawsze brakowało. Piotr Rogucki mówi po jej wykonaniu cytuję: „(…) zamierzamy z zespołem Coma już w przyszłości organizować imprezy dla łódzkich zespołów rockowych, żeby stworzyć tu, w centrum Polski jakiś front rocka, jakąś bazę rocka w tym mieście. I żeby Polska dowiedziała się o tym jak wiele ludzi młodych, zdolnych jest w tym mieście. Jak bardzo daje czadu w tych zapuszczonych fabrykach”. Ta przyszłość wciąż zdaje się być coraz bardziej odległa. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, bo węszę zaraz opinię, że przemawia przeze mnie tak zwana „typowa polska zawiść”. Nie, nie zazdroszczę im sukcesu, nie żądam żeby wracali do Łodzi i dotrzymali słowa, choć w sumie wypadałaby żeby to zrobili. Zarzucam, że z artystów zamienili się w gwiazdy. Czego najlepszym przykładem jest właśnie ich najnowsza płyta „Excess”. Dlaczego? Prawdziwi artyści nie potrzebują nagrywania specjalnej wersji swoich utworów na zachodnie rynki, bo ich twórczość broni się sama. Przykłady?Chociażby: Vader, Indukti Riverside, czy członkowie sceny hard-core i post-rock/metal, którzy już rozbijali się z największymi w swoich dziedzinach po Europie. Gwiazdom polskiej sceny muzycznej, mimo usilnych starań speców od marketingu w różnych wytwórniach, nie było dane dostąpić takiego zaszczytu…
Redaktor: . Kosa, Wyświetleń: 329 [do góry]
Sklep - towar powiązany z artykułem
|
Wywiady
Relacje
Statystyka
|