22 lutego 2012, Środa

Artykuł

19 września 2010 (20:00)

02.07.2010 r. - Mark Knopfler, Wrocław

02.07.2010 - Mark Knopfler – Wrocław, Hala Stulecia





Długo czekałem na to wydarzenie – niemal od momentu ogłoszenia informacji o koncercie Marka Knopflera w mediach. Wrocławski występ gitarowego mistrza był jedynym w Polsce w ramach trasy „Get Lucky Tour”. Nic dziwnego, że zgromadził fanów z całego kraju, wielu ubranych w charakterystyczne, czerwone koszulki.
Bardzo chciałbym opisać cały koncert, od początku – niestety nie mogę. Problemy transportowe wzięły górę nad silną wolą (pozdrowienia dla firmy PKP). Na szczęście, późniejsze emocje zniwelowały rozgoryczenie, przynajmniej na czas występu.
Na miejsce dotarłem w trakcie „Coyote’a”. Okrojonej wersji słuchało mi się równie przyjemnie, jak całości na płytowym odtwarzaczu. Lekko transowe efekty dodają dramatyzmu tej, bądź co bądź, spokojnej kompozycji. Jeszcze spokojniej było na „Prairie Wedding”. Choć jeszcze nie zdążyłem ochłonąć po wycieczce do wrocławskiej Hali Stulecia, zdołałem pierwszy raz doznać niezwykłego uczucia – siedziałem skupiając się na ciszy, a wszystkie grane przez muzyków dźwięki i zaśpiewane słowa po prostu mnie przenikały – nie czułem znudzenia i przesyty przez ani jedną sekundę w ciągu tego utworu – między jednymi, a drugimi brawami.
„Hill Farmer’s Blues” oznaczał kontynuację bardzo lekkiej części repertuaru. Mark dał się poznać z tej strony jego duszy, która uwielbia klimaty folkowe, country. Trudno zaliczyć mnie do zwolenników tego typu muzyki, jednak słuchając wykonania live nie można nie zauważyć mistrzowskiego wkładu Knopflera. Jego muzyczna wyobraźnia i nietypowe patenty artykulacyjne (przeze mnie nazywane czasami estetycznym dysonansem) sprawiają, że nawet potencjalnie najgorszy utwór ma szansę stać się jedną z pereł.
W końcu nadszedł czas na Straits’owy ułamek historii. Echa „Romeo & Juliet” jeszcze długo wybrzmiewały w mojej głowie, jako że był to jeden z oczekiwanych przeze mnie utworów. Mam szczególny sentyment do dzieł muzycznych inspirowanych tworami literackimi, a „R&J” zasłużenie broni swojego miejsca w tym kanonie. Podejrzewam, że po wrocławskim wykonaniu tej pięknej ballady przybyło entuzjastów Szekspira. A jeśli nie, to przynajmniej Dire Straits.
Wraz z pierwszymi dźwiękami „Sultans Of Swing” na całej sali rozległy się gigantyczne brawa. Życzę każdemu jak najwięcej takich chwil w czasie koncertów. Pojawiły się rozmowy kwestionujące jakość wykonania niektórych partii. Ja, jeśli zauważyłem niedociągnięcia, nie przeszkadzały mi one. Okazja usłyszenia na żywo utworu co chwila przewijającego się w stacjach radiowych nie zdarza się codziennie. Sprawia za to, że osoba teoretycznie w ogóle nie zaznajomiona z dokonaniami Marka mogła choć raz powiedzieć sobie w myślach: „a, słyszałem to kiedyś!”.
Czar został zaprzepaszczony przez „Done With Bonaparte”. Przyznam szczerze, nie lubię tego kawałka – i wersja koncertowa bynajmniej tego nie zmieniła. Brakuje mi tutaj polotu, jakiegoś punktu zaczepnego. Zaletą wykonania takiego, a nie innego utworu była możliwość chwilowego odpoczynku po galopadzie Sułtanów.
Emocje powróciły na „Marbletown” – niezwykle skocznym utworze. Poczułem się całkowicie przeniesiony do knopflerowskiej krainy. Jak się okazało, to tylko rozgrzewka przed fenomenalnym „Speedway At Nazareth”. Aby jego fenomen nie pozostał nieuzasadniony, warto zauważyć, że kawałek został zagrany z mocnym, hard-rockowym feelingiem. Jak wykonać spokojne, uduchowione partie z „przykopem” tak, by nic nie stracić z owego uduchowienia? Tak potrafią tylko najlepsi.
Chyba najtrudniej opisać wrażenia związane z wysłuchaniem na żywo „Telegraph Road”. Wykonania live akurat tego utworu dowodzą, że na płycie można zawrzeć tylko część prawdziwej mocy granej przez Knopflera muzyki. Legendarne solo gitarowe, nietypowa opowieść zawarta w lirykach, perfekcyjne zbalansowanie brzmienia w poszczególnych partiach – to wszystko sprawia, że tego utworu mogę słuchać ciągle, choć pod względem długości przebija niejedną z całych płyt demo i EP. Doskonała, najbardziej rozbudowana kompozycja z dorobku Dire Straits zakończyła formalną część koncertu. I jak dla mnie, mogłoby się nawet obyć bez bisu, a byłbym całkowicie zadowolony. Wspomniane już solo gitarowe nie bez powodu jest uznawane za jeden z najlepszych popisów historii muzyki gitarowej. Żałuję jedynie, że wiek powoli nie służy Markowi, co odbiło się w wyczuwalnym stopniu na ograniczenia wykonawcze. Mimo to, wyzwolona pasja żywej legendy każe rozumieć, że to nie koniec.
Po długim aplauzie Knopfler wraz z resztą muzyków wrócił na scenę. Jeśli komuś było mało emocji, kolejny utwór został skierowany specjalnie do niego. Już po występie wiele osób przyznało, że w trakcie „Brothers In Arms” popłynęły im z oczu łzy. Ponownie doznałem tego, co opisałem przy okazji „Prairie Wedding”. Doskonały utwór w doskonałym wykonaniu. Czy trzeba dodawać coś więcej?
Koncert skończył się tak samo, jak najnowsza płyta mistrza – utworem „Piper To The End”. I przyznam, że nie było to dla mnie wymarzone zakończenie – dużo bardziej od „Get Lucky” podobają mi się klasyczne starocie, przede wszystkim z okresu działalności Dire Straits.
Występ ciężko nie zaliczyć do udanych – pomimo drobnych niedociągnięć. Wszystkie zostały zniwelowane prze mistrzowski dobór utworów z płyt Straits’ów.Do pełni szczęścia zabrakło tylko nieśmiertelnego „Money For Nothing”, ale jak powiedział jeden z komentujących: „wtedy hala wyleciałaby w powietrze!”. Poziom reprezentowany przez muzyków zespołu Knopflera mnie zaintrygował. Zazwyczaj, a w szczególności w dużych składach, co najwyżej kilku instrumentalistów zasługuje na pochwałę. Tutaj natomiast mamy do czynienia z wyjątkową sprawnością całej orkiestry dyrygowanej przez Marka.
Chętnie zobaczyłbym Knopflera jeszcze raz, choć może w nieco zmienionym repertuarze. A przede wszystkim, w całości.



[zapraszamy do obejrzenia galerii]



Podziękowania dla Bartka Kubackiego z forum knopfler.pl za udostępnienie zdjęć, oraz mojej siostry Magdaleny za towarzystwo na koncercie i wspólną walkę z niedogodnościami komunikacyjnymi.








Redaktor: Szymon Zelewski, Wyświetleń: 781 [do góry]
Statystyka

Łukasz Kryściak © 2010 - 2012 rock.shemir.pl, Wszystkie prawa zastrzeżone!