08 sierpnia 2010 (19:27)
Relacja ze SLOT ART FESTIVALU - 6-10.07.2010, Lubiąż k. Wrocławia
Są takie miejsca, które przyciągają ludzi swoją magią i atmosferą. Są takie festiwale, które wpisują się na stałe w życiorysy ludzi. Stają się ich życiem, a kalendarz roczny biegnie pomiędzy terminami tych festów. Z reguły są to imprezy odstające od przyjętego kanonu i sztampy większości masowych spędów. Do takich imprez można zdecydowanie zaliczyć SLOT ART FESTIVAL. Impreza miała swój początek 18 lat temu w małej mazurskiej wiosce i brało w niej udział... kilkadziesiąt osób. W 2010 roku impreza osiągnęła "pełnoletność" i uczestniczyło w niej kilka tysięcy spragnionych artystycznych wrażeń młodych ludzi. A do tego klimat średniowiecznego klasztoru cystersów w podwrocławskim Lubiążu. Od 2001 roku ta niewielka miejscowość przyjmuje kilka tysięcy osób, przybywających na ponad 120 warsztatów, wykładów, wystaw, spektakli i koncertów muzy wszelakiej. Na prawie 10 scenach można posłuchać wszystkiego - od ciężkich odmian roka, przez hip - hop po muzykę klubową. Wszystko to egzystuje obok siebie w pełnej komitywie, w dodatku "bez chemii i przemocy". Przyznam, że jeszcze nigdzie nie spotkałem się z tak pozytywną i spokojną imprezą. Sam SLOT obserwuję już od 2002 roku i widzę zmiany zachodzące w tej imprezie. W bardzo różnym kierunku, ale generalnie "ku dobremu".
O samej imprezie można napisać elaborat, a i ten nie wyczerpie tematu. Tu po prostu trzeba być i doświadczyć tego klimatu. Dlatego w swojej relacji skoncentruję się na opisie tych koncertów, które w ogromnym natłoku innych atrakcji udało mi sie zobaczyć. Być może niejednokrotnie nie będę w pełni obiektywny, ale ciężko być obiektywnym w przypadku imprezy, która wielką rolę odegrała również w moim życiu osobistym.... Co roku jadąc do Lubiąża zawsze wiedziałem, że będę wracał z kolejnymi muzycznymi odkryciami. Mało tutaj dużych gwiazd, sporo za to muzycznych ciekawostek z muzycznego "undergroundu" z całego świata.
Dzień I - 6 lipca
Festiwal otworzyła ekipa NEVERSAID grając ostry koncert na HC PUNK CLUB. Na Dużej Scenie jako pierwszy pojawił się eksperymentalny Clin't Eastwood. Niestety natura kibica wezwała mnie w tym czasie do jednej z kafejek na mundialowy półfinał Holandia - Urugwaj. Szybko zauważyłem przed samym ekranem ekipę młodych Holendrów kibicujących swojej reprezentacji. Niestety nie zostali do końca meczu. Musieli po prostu pojawić się na Dużej Scenie aby zagrać jako ANDERSON pierwszy, niesamowity koncert jaki widziałem na tym festiwalu. Ten indie/electro poprockowy duet zaskoczył wszystkich tanecznymi rytmami spod znaku Depeche Mode, The Notwist czy Postal Service. Ich pełen energii i niesamowitej relacji z publiką koncert wrył się w pamięć nie tylko mi, ale i innym widzom. Radość koncertowa była podwójna - niesamowite przyjęcie ze strony polskich słuchaczy oraz awans Holendrów do finału piłkarskich mistrzostw świata. Godzinny set koncertowy wypełniły przebojowe kompozycje z dwóch wydanych do tej pory płyt: "We Radio Anderson" i "It Runs In The Family". Wieczór zakończył kwiat najpopularniejszych piosenek zespołu KOMETY. Niesamowita gra świateł, oryginalny image oraz przebojowe utwory porwały publikę do tańca. Oprócz swoich przebojów grupa zaserwowała też przedsmak nadchodzącej płyty "Luminal", która pojawi się w sklepach w sierpniu 2010.
Dzień II - 7 lipca
Subiektywnie podjąłem decyzję, że dzisiaj na Dużej Scenie nic ciekawego się nie dzieje. Dużo eksperymentów opartych na hip-hopie niekoniecznie muszą wzbudzić zainteresowanie fana muzyki rockowej. Dlatego też postanowiłem posłuchać młodych talentów występujących w namiocie konkursowej Małej Sceny. Wprawdzie spóźniłem się na podobno ciekawy występ Vallium, ale za to załapałem się na obiecującą kapelę, jaką jest HOLDEN AVENUE. Spora dawka melodyjnego punka, dobry warsztat muzyczny, prezencja sceniczna na poziomie pozwalają rokować nadzieję tej młodej grupy na większy sukces. Ciężko natomiast powiedzieć to samo o następnej ekipie, jaką była SCARLET HATCHINGS. Ich ciekawa, ale trudna w odbiorze muzyka nie zjedna sobie raczej tłumu fanów. Zakręcone klimaty a'la Deftones, Tool itp. znajdą swoją niestety wąską grupę odbiorców.
Dzień III - 8 lipca
Tak jak wspomniałem, wrażeń i doznań w Lubiążu jest tyle, że czasami ciężko jest być na wszystkich ciekawych punktach programu. Dlatego też m.in. ominął mnie koncert kultowej grupy Homosapiens na Dużej Scenie. Nie mogłem sobie jednak odpuścić grającego na niej wrocławskiej grupy FRUHSTUCK. Fenomen kapeli bardziej popularnej w pewnych kręgach za granicą niż w Polsce grupy jest poparty wysokim poziomem muzycznym i koncertowym. Ekipa dowodzona przez "polskiego Holendra" Martijna Krale łączy melodyjnego rocka nawet odrobinę cięższymi klimatami. Wszystko ozdobione niesamowitym wokalem Martijna. Zespół jest jednym ze stałych bywalców SLOTU i ma tutaj swoją stałą publikę która śpiewała z wokalistą niebanalne i intrygujące teksty ich najpopularniejszych utworów oraz nowości ze świeżej epki "Follow". Koncert nie był zaskakujący, ale utrzymywał poziom do jakiego swoich fanów FRUHSTUCK przyzwyczaił.
Dzień IV - 9 lipca
Dużą Scenę otworzyli laureaci ubiegłorocznego konkursu - C.A.L.M. Niestety ich występ sobie odpuściłem, aby na scenie hc/punkowej doświadczyć ostrej rzeźni w wykonaniu zielonogórskiej ekipy z HOPE AGAINST HOPE. Ich "uduchowiony" hardcore wciągnął ludzi do ekstremalnego "kotła" pod sceną. W pewnym momencie od kurzu zrobiło się ciemniej i duszniej. Nie przeszkodziło to muzykom w ekstremalnym dzieleniu się świadectwem ich alternatywnego życia z Bogiem. Ekstremalna muza z ekstremalnym przekazem. Kto powiedział, że muzyka chrześcijańska to tylko gospel czy kościelne chóry?
Powrót na Dużą Scenę pozwolił mi na posłuchanie, ale bez większych emocji Niemców z WAITING FOR STEVE. Mimo ciekawego brzmienia oscylującego pomiędzy ostrością nawet punk rockową po melancholię a'la Sigur Ros ich koncert nie powalił mnie na kolana. Nie było źle, ale zabrakło czegoś co przykuło moją uwagę. Nie zrobił tego "emopodobny" image wokalisty. Nie zrobiły tego ciekawe, ale poprzez kiepskie nagłośnienie nie do końca zrozumiałe teksty. Co dziwi, bo generalnie należy pochwalić pracę nagłośnieniowców i oświetleniowców podczas całego festiwalu. Wieczór zakończyła ekipa z THE CAR IS ON FIRE. Dobre przyjęcie ludzi, koncert na wysokim poziomie. Tego wszystkiego można było się spodziewać po zyskującej coraz większą renomę na świecie polskiej kapeli. Jeszcze niejeden dobry koncert przed nimi.
Dzień V - 20 lipca
Ostatni dzień festu to wyjątkowy muzyczny wieczór. Nostalgia towarzysząca świadomości opuszczenie tego niesamowitego miejsca następnego poranka. W ten nastrój znakomicie wpasowały się wieczorne koncerty. Na scenie HC/PUNK CLUB rządziła ekipa z ukraińskiego TO LEAVE A TRACE. Znakomity, ostry koncert, świetni muzycy z charyzmatyczną wokalistką na czele i stylistyka trudna do "zaszufladkowania'. Myślę, że równie głębokie i intrygujące teksty poruszyły niejednego słuchacza.Dużą Scenę otworzył laureat poprzedniego dnia Małej Sceny, THE SIXPOUNDER. Zespół o którym już w Polsce jest głośno. To on będą nas reprezentować na Wacken Open Air. Dlatego też nie dziwi ich "slotowy" sukces. Ich mikstura rock and rolla, stoner rocka i thrash metalu zdobyła uznanie słuchaczy, pokazując też, że na Slocie istnieje zapotrzebowanie na taka muzę. Duża Scena należała jednak tego dnia do gości zagranicznych. Mimo tego, że zagrał na niej rodzimy L.Stadt to jakoś pozostał w cieniu austiackich "zakrętasów" z HELLA COMET. Nowoczesne brzmienie łączące rocka, metal i szczyptę progresji połączone z ładnymi mimo wczesnej pory światłami stworzyło niesamowitą, wręcz klubową atmosferę koncertu. Na zakończenie przyszedł czas na moje największe muzyczne odkrycie tegorocznego festu - amerykański MEWITHOUTYOU. Zapowiadano ich jako festiwalową rewelację i nie były to zapowiedzi rozdmuchane. Energia rocka a'la Fugazi po folkowo - akustyczne wstawki. Niesamowity klimat muzycznego spektaklu przy całej feerii świateł, pogłosów, zakręconych brzmień, ale i niejednokrotnie prostych i konkretnych kompozycji. Jeden z najlepszych alternatywnych zespołów jakie słyszałem promował swój czwarty wydany w ubiegłym roku album "It's All Dream! It's All False! It's All A Dream! It's All Right!". Po tym koncercie mam ochotę na jeszcze większą dawkę ich muzyki i mam nadzieję, że to nie jest ostatnia wizyta Amerykanów w naszym kraju. Przy ich niesamowitej muzyce SLOT dobiegł końca.
"Osiemnastkowa" impreza zakończona artystycznym sukcesem. Pozostaje życzyć festowi i jego Organizatorom jeszcze niejednych urodzin :)
[zapraszamy do obejrzenia galerii]
Redaktor:
Wojciech Caruk, Wyświetleń:
564 [do góry]