23 maja 2012, Środa

Artykuł

14 listopada 2010 (17:01)

2010.10.31 - Deep Purple, SBB - Wrocław




To mój drugi koncert we wrocławskiej Hali Stulecia, warto więc wspomnieć na wstępie o paru kwestiach organizacyjnych. O ile z pozostawieniem kurtki w szatni nie było problemów (przebolałem nawet trzyzłotową opłatę), o tyle odebranie jej po wyjściu z koncertu mogło – przy braku sprytu – trwać z grubsza pół godziny. Na przyszłość warto pomyśleć o sprawniejszej obsłudze.
Choć zacząłem od narzekania, w przypadku samego koncertu nie bardzo jest na co. Występ purpurowej (a po prawdzie – fioletowej!) załogi w trakcie tej trasy ponownie poprzedzili weterani progresywnych dźwięków – SBB. To moja pierwsza styczność z zespołem na żywo (pomijając krótki solowy recital Skrzeka w Katowicach), a wiedziałem, że zaskoczyć mogę się tylko pozytywnie. Czy SBB musi udowadniać, że jest prawdopodobnie najlepszym składem rockowym znad Wisły? Raczej nie, warto za to zauważyć, jak bardzo są sentymentalni. Jak inaczej wytłumaczyć znaczenie śpiewanego „Freedom”, jeśli nie pragnieniem wolności, której brakowało jeszcze ponad dwadzieścia lat temu?
Muzycy są w formie, która pozwala im wykonać na żywo kultowe „Memento z banalnym tryptykiem”, oczywiście nie w całości, ze względu na ograniczenia czasowe. Nagłośnieniowcy dali z siebie wszystko, wyraźnie słyszałem każdy instrument i słowo zaśpiewane przez Józefa Skrzeka – charyzmatycznego lidera. Ponieważ SBB to trio nie tylko literowe, ale i osobowe, można się czuć trochę jak podczas oglądania występów grupy Rush, z drobną różnicą stylistyczną. Żałuję, że kompletnie nie mogę wpasować się w koncerty samodzielnej trasy zespołu – polubiłem ich muzykę jeszcze bardziej, ale niestety upłynie trochę czasu, nim zobaczę ich ponownie na scenie.





Trudno usprawiedliwić zniecierpliwionych fanów, głównie przedstawicieli starszego pokolenia – technicy bardzo sprawnie montowali i ustawiali sprzęt; inna sprawa, że większość była już gotowa przed otwarciem sali. W chwilach oczekiwania na wejście muzyków było czuć ich obecność, już wtedy, gdy stali ukryci w ciemnościach na scenie. Kto znał setlisty poprzednich koncertów, nie był zaskoczony. Wybór „Hard Lovin’ Man” na otwarcie koncertu to wybór co najmniej dobry. Utwór nabrał mocy dzięki klawiszom Dona Airey’a – zespół chyba nigdy nie brzmiał tak potężnie, nawet z przesterowaną „bestią” Jona Lorda. Prosty, ale solidny riff rozruszał całą salę. Kto oczekiwał choć chwili spokoju, zawiódł się – temperatura wzrosła za sprawą „Things I Never Said”.
Ponowne wielkie poruszenie zapewnił trochę niedoceniany hit „Maybe I’m a Leo”, od zawsze będący jednym z moich ulubionych kawałków Purpli. Dało się zauważyć, że Ian Gillan czuje się na scenie coraz lepiej. Potwierdził to w kolejnym klasyku – „Strange Kind of Woman”. Tutaj oprócz Gillana wokalnie udzielały się pierwsze rzędy, więc słyszałem głównie tłum zgromadzony wokół mnie pod sceną. Po burzy braw zabrzmiał jeden z najlepszych utworów Deep Purple – choć przeze mnie samego wcześniej zapomniany. Ciężki i dramatyczny – za sprawą genialnego unisono Airey’a i Morse’a. „Rapture of the Deep” udowadnia, że brytyjska grupa jest w świetnej formie, pomimo upływu lat. W tym kawałku zabłysnął Steve Morse – wyczynia z gitarą cuda, gra zarówno melodyjnie, czysto, jak i technicznie – a przy tym jest tak wyluzowany, jakby jego palce same dociskały i szarpały struny. Pokazu chyba pozazdrościł mu Ian Paice, wcale nie czekał z odpowiedzią i zaczął grać pierwsze takty „Fireball”. Nie jestem wielkim fanem tego utworu, trzeba jednak przyznać, że miał spory wpływ na całe rzesze perkusistów zafascynowanych feelingiem i mocą partii perkusyjnych Paice’a.
Po kolejnych dwóch utworach z nowoczesnej płyty „Bananas” („Silver Tongue” i „Contact Lost”) swoje pięć minut miał Steve Morse – według mnie, bohater wieczoru. Na swoim sygnowanym Music Manie zagrał kilka klasycznych fraz, nie bał się mocno przesterowanego, niskiego legato, a nawet imitował dźwięki organów techniką fade-in. Coraz bardziej skłaniam się do poznania solowych płyt Steve’a. W tej chwili nie wyobrażam sobie nikogo innego w roli gitarzysty Deep Purple – ewentualnie, Ritchiego Blackmore’a.
Kolejną porcją muzyki z „Machine Head” okazał się „When a Blind Man Cries”. Czy miał na celu zaspokojenie apetytu na nieśmiertelne „Child In Time”? Na pewno przydała się ta chwila wyciszenia przed kanonadą „Well Dressed Guitar”, niemal symfoniczną, niesamowicie zagraną. Oczywiście znowu triumfował tutaj Steve. Pociągnął show aż do „Almost Human”, typowego utworu w stylu Deep Purple, z bluesowymi naleciałościami. Wystarczyło tych naleciałości także dla klasycznego „Lazy”, oczekiwanego przez wielu, wnioskując po olbrzymich brawach.
Wychodzi na to, że nie upodobałem sobie całej płyty „Fireball” – zagrany „No One Came” nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia, choć i tak bawiłem się dobrze. Nie mogłem za to oderwać oczu od Dona Airey’a, który dał solowy pokaz umiejętności. Potrafił zarówno wzruszyć, jak i sprawić, by zadrżały mury (przy większym natężeniu nie byłoby to wcale przesadzone stwierdzenie). Zdobył uznanie publiczności dzięki muzycznym cytatom z Chopina.
Już bałem się, że nie usłyszę pierwszych dźwięków „Perfect Strangers”, ale stało się – absolutna perełka w dyskografii zespołu znalazła się w secie także tego koncertu. Chwytliwa melodia, ostry riff w refrenie – to te czynniki decydują o wyjątkowości utworu. Szkoda tylko, że Ian Gillan nie jest już w stanie perfekcyjnie sięgać wysokich rejestrów, trudno zresztą wymagać od niego takiej samej kondycji jak 25 lat temu. Wszyscy wspomagali Gillana – włącznie ze mną, wystarczyła świadomość, że jest grany jeden z najlepszych utworów w historii rocka. Tym samym zaczęła się lista hitów – jako kolejny poleciał „Space Truckin’” oraz, oczywiście, „Smoke On The Water”. Czym byłby koncert Purpli bez riffu granego przez każdego, kto kiedykolwiek miał w rękach gitarę? Wielkie widowisko i eksplozja energii. Długie partie solowe i narastające zamieszanie zwiastowały koniec koncertu – ale nikt nie dał się tak łatwo nabrać.
W ramach oczywistego bisu muzycy zagrali przebojowe „Hush”, tak bardzo kojarzone z Deep Purple, że nie wszyscy wiedzą, iż faktycznie jest to cover piosenki autorstwa Joe’a Southa. Przez chwilę zabawiał publiczność Roger Glover, aż w końcu dołączyła do niego reszta, by zagrać „Black Night”. Doskonały na zakończenie, jedna z wizytówek zespołu. Jeśli możliwa euforia ma jakieś granice, to pod koniec utworu zostały one przekroczone.
Deep Purple brzmi na koncercie lepiej, niż niejeden zespół na płycie. Jestem w pełni zadowolony z doboru kawałków – myślę, że nie tak bardzo przeszkadzał brak „Child In Time”. Kto był, usłyszał największe utwory grupy pozostającej po 40 latach w światowej czołówce rocka. Mam nadzieję, że uraczą nas swoją obecnością w maju, na corocznym Gitarowym Rekordzie Guinessa – wszystko w rękach organizatorów. „Let’s go space truckin’”!





[zapraszamy do obejrzenia galerii]








Redaktor: Szymon Zelewski, Wyświetleń: 411 [do góry]
Statystyka

Łukasz Kryściak © 2010 - 2012 rock.shemir.pl, Wszystkie prawa zastrzeżone!