23 maja 2012, Środa

Artykuł

03 stycznia 2011 (22:17)

Słonina - Słonina









Słonina – Słonina (2010)

Gdyby ta recenzja miała być tak samo (SAMO?) normalna jak płyta, musiałbym w tym miejscu pozdrowić leżącego sześć stóp pod ziemią mistrza Kubricka, wkleić jakiś głupi obrazek narysowany w trakcie przerwy obiadowej, postawić kropkę i podziękować za uwagę. Większość przejdzie obojętnie, ale zawsze znajdą się osoby którym starczy ciekawości, by zadać sobie podstawowe pytanie: „dlaczego tak, a nie inaczej?”.
Awangarda awangardzie nierówna. Nie jest to żaden mathcore, jazz-rock czy lounge – lepiej nie ustalać, jaki to gatunek. Słyszymy krótkie piosenki o życiu, śpiewane po polsku (dla uściślenia – ten tekst też jest napisany w tym tajemniczym języku). Za mikrofonem stanął Staszek Wołonciej, znany raczej ze stukania w bębenki niż wszelakiej maści krzyków (nie licząc wokali w Egoist). Śpiewa czysto, do tego stopnia, że słowa są wyraźniejsze niż ich zapis na pudełku z płytą. W taki sposób, jakby chciał wprawić słuchacza w stan schizofreniczny. Wokal to zdecydowanie najciekawszy element tej unikatowej układanki muzycznej. Nie wszyscy muszą się zachwycać budującymi klimat klawiszami, albo zawstydzającymi speców od harmonii partiami gitarowymi – trudno za to nie zwrócić uwagi na teksty utworów. Słuchajcie, czytajcie, próbujcie zrozumieć po swojemu ich sens. To nie jest kolejna płyta dla kretynów.
Przez jakiś czas byłem sceptycznie nastawiony do Słoniny. Po obejrzeniu teledysku opowiadającego o „Rzeźbiarzu” (profesjonalnie zrealizowanego, polecam) wszystko wywróciło się do góry nogami – siła tkwi w prostocie (no, trochę przesadziłem z tą prostotą). Najbardziej docenia się właśnie takie nagrania, do których podchodzi się kilka razy, by w końcu stwierdzić: „o, to coś dla mnie”. Wspomniany „Rzeźbiarz” to bardzo dobry kawałek, chyba najbardziej przystępna z oferowanych sześciu opowieści. Mimo wszystko muzykę zawartą na pierwszej EP-ce mogę polecić każdemu fanowi ciekawych brzmień – niekoniecznie snobom noszącym na czole napis: „kto nie lubi Dillingera*, ten wychodzi na frajera”. Ostatniego na płycie „W twoje” powinni posłuchać członkowie Massive Attack, z komunikatem: „o, patrzcie – a my chcemy tak!”. Przyjemnie odczuć psychodeliczno-trip-hopowe inspiracje, niemniej poniesie porażkę ten, kto spróbuje bezpośrednio powiązać te dźwięki z jakąkolwiek bardzo znaną porcją rozrywki muzycznej tego typu. Miłośnicy minimalizmu powinni wsłuchać się w szczerą balladę dla Julii.
Bębny są programowane. To prawda. Sceptyków takich rozwiązań technicznych odsyłam do płyty „Ziltoid: The Omniscient” Devina Townsenda, gdzie w roli perkusisty wystąpiła mapa MIDI i próbki nagrane przez Tomasa Haake (Meshuggah). Niektórzy nie mogli uwierzyć, że Ryan Van Poederooyen nawet nie spojrzał wtedy na swój zestaw perkusyjny.
Krótka to płyta, więc i opis nie za długi – ale zupełnie wystarczający. Czy będzie więcej Słoniny? Tego nie wiem. Póki co bierzcie to, co jest.



9/10

*Naturalnie chodzi o Dillinger Escape Plan.

http://www.czolo.com.pl/











Redaktor: Szymon Zelewski, Wyświetleń: 467 [do góry]
Statystyka

Łukasz Kryściak © 2010 - 2012 rock.shemir.pl, Wszystkie prawa zastrzeżone!