06 sierpnia 2010 (21:29)
Przestrzeń Muzyki Live - 18-19.VI.2010 Łódź
Chciałoby się powiedzieć „W końcu”. W Łodzi nareszcie ktoś poszedł po rozum do głowy i zdecydował się zorganizować plenerowy festiwal muzyczny nie będący jednocześnie spędem miernot, które na co dzień straszą swoimi „utworami” w rozgłośniach radiowych.
Na papierze, a raczej na kartach przeglądarki internetowej, wszystko wyglądało wspaniale. Czołówka Polskiej sceny alternatywnej z Lao Che, Cool Kids of Death, czy Dick4Dick na czele. Wystąpił też magnes na rozhisteryzowane nastolatki w postaci zespołu Coma i jako wisienka na torcie IAMX. Jak jest festiwal, to muszą być też bardziej lub mniej „młode” zespoły, które prezentują się w konkursie. I były. Wszystko więc zapowiadało się bardzo obiecująco.
Dał się chyba jednak we znaki fakt, że było to pierwsze tego typu wydarzenie w Łodzi od niepamiętnych czasów. Różnice czasowe między wydarzeniami tak jak widziała je oficjalna, zamieszczona na stornie internetowej Przestrzeni Muzyki rozpiska , a jak wyglądały one w rzeczywistości szły w godziny. I tak, pierwszego dnia festiwal powinien rozpocząć się o godzinie 15.00 występami zespołów konkursowych, które miały trwać do 17.00. Kiedy jednak w końcu dostałem się na teren obiektu w okolicach 15.30 obsługa techniczna powlekała nagłośnienie workami, bo oczywiście jak to w Łodzi – padało. Zanim dobiegły końca wszystkie prace wybiła godzina 17 i wtedy dopiero rozpoczęły się występy. Mimo obsuwy o 17 wciąż, jak to w Łodzi, nie zachwyciła frekwencją. Bez przesady mogę powiedzieć, że na tamtą chwilę ilość osób obsługujących wydarzenie miażdżąco przewyższała ilość tych, którzy przyszli w nim uczestniczyć. Doskonale rokuje to Łodzi w perspektywie jej starań o miano Europejskiej Stolicy kultury w roku 2016.
Konkurs rozpoczęła punkowa Kwatera 2. Klasyczny punk, bez udziwniania, granie „z kopyta i do przodu”. Z muzyką doskonale współgrały „bumelanckie” teksty z chwytliwymi refrenami, które doskonale sprawdziły się w warunkach koncertowych. Jako drugi w kolejności na scenie stawił się Sen Zu. Zespół ten zrobił na mnie w zasadzie najlepsze wrażenie, jeśli chodzi o zespoły konkursowe. Nie tylko na mnie zresztą, bo Jury konkursu również uznało występ Sen Zu, za najlepszy w konkursie i przyznało im Grand Prix. Charyzmatyczna i czarująca wokalistka oraz ciekawa muzyka zostawiła w tyle konkurencję. Wspomniana wcześniej Kwatera 2 zasłużenie zajęła drugie miejsce. Występujący po nich Tomasz Karpanty zaprezentował do bólu mdłą odmianę rocka z infantylnymi tekstami, po wysłuchaniu, której ostatnio spożyty posiłek pchał się w górę przewodu pokarmowego. Występu Time to Express mimo usilnych prób nie jestem w stanie odnaleźć w pamięci, mimo że widziałem go dwa dni temu. Albo nie najlepiej świadczy to o mojej pamięci, albo o Time to Express. A, że jak widać, pozostałe występy pamiętam…
Po części konkursowej w końcu odrobinę ożywiła się publiczność, bo na scenę wkroczyło The Washing Machine. I wtedy się zaczęło szaleństwo. Nie, nie wśród publiki. Nie, nie wśród zespołu na scenie. Rozpoczął się szaleńczy wyścig organizatorów z czasem. Czas kolejnych zespołów na występ był bezdusznie kastrowany, aby zdążyć na występ IAMX. Nikt z takiego obrotu sprawy nie był zadowolony. Publiczność bezskutecznie wywoływała zespoły, czy to na bis, czy to prosząc o choć jeszcze jeden utwór, a muzycy z kwaśnymi minami schodzili ze sceny w połowie swoich zaplanowanych na ten wieczór występów. Po żywym i ciepło przyjętym koncercie The Washing Machine na scenie pojawił się Bruno Schulz. Utwory z najnowszej długogrającej płyty łódzkiego zespołu brzmią zdecydowanie lepiej na żywo, niż na albumie, dlatego gorąco polecam wybranie się na ich koncert. Skróconą z pięciu do trzech utworów odrobinę psychodeliczną podróż w klimaty serwowane przez łodzian znów brutalnie przerwali organizatorzy, aby na scenę mógł wkroczyć L.Stadt. Przywodzący na myśl wyglądem i manierą Michała Milowicza wokalista L.Stadt, nie zostawił w mojej pamięci pozytywnego wrażenia, podobnie jak i całokształt ich występu. Akurat fakt, że i ich występ został obcięty nie wywołał u mnie stanów depresyjnych.
Tuż przed gwiazdą wieczoru na scenie pojawili się Cool Kids of Death. Z kronikarskiego obowiązku odnotować wypada, że już w okolicach L.Stadt liczba zgromadzonych tego dnia na stadionie Startu wielbicieli dobrej muzyki znacznie wzrosła. Do zapełnienia zorganizowanego miejsca było co prawda jeszcze daleko, ale w porównaniu z momentem rozpoczęcia festiwalu postęp był ogromny. Wróćmy do występu Cool Kids of Death. Od dawna chciałem zobaczyć ich na żywo, ale jakoś zawsze coś stawało mi na drodze. Tym razem w końcu się udało. Nie mogę powiedzieć żebym się zawiódł, ale zachwycony też nie byłem. Może, to kwestia tego, że zespół był goniony przez organizatorów, może setlisty, w której zabrakło utworów na, które czekałem, ale było tylko tak sobie. Przed dwoma ostatnimi utworami monsieur Ostrowski pożyczył metalowego kota, będącego częścią dekoracji IAMX i podstawiając mu pod pysk mikrofon stwierdził, że IAMX zaśpiewa z nimi, i tak już został do końca wystepu. Cool Kids of Death pożegnali się w najlepszy sposób jaki mogli - rozbrzmiały: "Butelki z benzyną i kamienie" oraz "Generacja Nic". Czekanie aż w końcu rozstawi się IAMX zdawało się nie mieć końca. Kiedy jednak już zaczęli, każda sekunda czekania zdawała się nie mieć znaczenia. Brzmienie ocierało się o perfekcję. Gdyby nie odrobinę za głośno podkręcony bas i czasem sprzęgający mikrofon posądziłbym Brytyjczyków o playback. Ich porywające i doskonale nagłośnione kompozycje wspaniale współgrały ze scenografią tworząc epickie show. Sceniczne reflektory rzucały światło tak, że było widać tylko sylwetki muzyków, sprawiając wrażenie jakby po scenie poruszali się nie ludzie, a cienie. Chris Corner tylko raz w trakcie występu ujawnił swoje oblicze. W trakcie wykonywania „Mercy” zasiadł pod skonstruowanym z drutu i żarówek „drzewem” i spoglądał na publikę z zainstalowanego za sceną telebimu. Genialnie teatralnie rozwiązany koncert. Kolejny mój faworyt do występu roku. IAMX jako jedyni zagrali przez tyle czasu ile mieli, dodatkowo pozwolono im nawet na bisy. Impreza, która miała skończyć się o 23.00 trwała na dobre jeszcze w okolicach kwadransa po północy, kiedy to wykończony opuszczałem teren festiwalu.
Drugi dzień miał podobnie jak pierwszy rozpocząć się o 15.00 występem laureatów konkursu. Niecała doba, to okazało się jednak być za mało dla organizatorów żeby się nauczyć na swoich błędach. Nigdzie bowiem nie było wiadomości, że zwycięskie zespoły nie wystąpią, a impreza zamiast o 15.00, zacznie się po 17. Znowu zatem przyszło mi, i nie tylko mnie bezsensownie marnować czas na terenie festiwalu. W okolicach wpół do szóstej zaczął Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. O ich występach na żywo miałem już okazję niedawno pisać. Zainteresowanych odsyłam na http://www.rock.mpra.pl
. Energetyczny, utrzymany w duchu rock’n’rolla i przyprawiony szczyptą szaleństwa występ został znowu przerwany przed upłynięciem przewidzianego nań czasu przez organizatorów. Jak się bowiem okazało, oprócz nie aktualizowania swojej strony, czy też jakichkolwiek informacji na temat festiwalu organizatorom tak najwidoczniej spodobała się pogoń, „byle do gwiazdy wieczoru” z dnia poprzedniego, że i drugiego dnia postanowili ją sobie powtórzyć. Po następnych na festiwalowej liście Dick 4 Dick obiecywałem sobie naprawdę dużo. Zasłyszane z różnych źródeł opnie na temat ich świetnych koncertów sprawiły, że byli oni jednym z powodów, dla którego na Przestrzeń Muzyki postanowiłem się wybrać. Po ich występie zostali także oficjalnie największym dla mnie, zaraz po organizacji, zawodem. Mało porywająca muzyka, której nie udało się zespołowi zamaskować ani sceniczną werwą, ani kiczowatymi strojami. O ile pierwszego dnia nie miałem nic przeciwko przesadnemu koncentrowaniu się na oprawie występu, jaką zaserwowało IAMX, o tyle "Dicki" powinni się bardziej skoncentrować na muzyce, zamiast na szukani błyszczących portek. O grających po nich Muchach też dużo się naczytałem. Cóż, o ile występu Time to Express z pierwszego dnia w ogóle nie pamiętam, o tyle o występie Much zapomnieć chciałbym jak najszybciej. O ile publiczność bawiła się przy ich dźwiękach dobrze, o tyle mnie Panowie zwyczajnie działali na nerwy. Nie tylko mnie zresztą. Wielce oburzony przerwaniem przez organizatorów występu Much basista zespołu sprawiał w rozmowie z organizatorami wrażenie jakby lada moment miał zamiar przejść do rękoczynu. Na szczęście obyło się bez bójek i po dłuższej chwili tłumaczenia sobie przez obie strony swoich racji mogliśmy wrócić do koncertów. Występujące jako przedostatni zespół Lao Che był jedynym, któremu postanowiłem zmierzyć czas występu. Wyniki moich badań przyniosły bardzo ciekawy wynik, Otóż, muzycy Lao Che rozstawiali się na scenie minut trzydzieści cztery, a zagrali minut trzydzieści dwie. Ciekawe prawda? Ważnym jednak jest aby odnotować, że każda z tych minut była warta męczenia się z Dick4Dick i Muchami. Wspaniały koncert. Były utwory z ostatniego wydawnictwa, takie jak „Historia świata stworzenia”, „Magistrze pigularzu”, „Prąd stały/ prąd zmienny”, czy też „Urodziła mnie ciotka”. Nie zabrakło też jednak utworów z albumów „Gospel” i chyba cieszącego się największą sławą „Powstania Warszawskiego”. Brzmienie bez zarzutu, świetne kompozycje i „życie” na scenie. Nie mogę się po tym występie doczekać kiedy następny raz zobaczę ich na żywo. Na występie Lao Che festiwal Przestrzeń Muzyki się dla mnie skończył. Comę sobie odpuściłem. Za dużo się już tego dnia najadłem nerwów.
Jak tu podsumować Przestrzeń Muzyki? Z jednej strony dobra infrastruktura, dobra lokalizacja, dwa świetne koncerty i kilka dobrych. Z drugiej strony całkowity brak wiadomości o zmianie rozkładu festiwalu i nietypowe nawet jak na festiwale poganianie zespołów ze sceny, co nie wpłynęło za dobrze na atmosferę wśród muzyków jak i publiczności. Następnym razem, o ile do takiego dojdzie, dobrze by też było pomyśleć o odrobinę większej różnorodności stylistycznej wśród wybranych zespołów. Dobrze, mimo rażących niedociągnięć żeby za rok odbyła się druga edycja. To co? Uznajmy może tegoroczną edycję za „pierwsze koty za płoty” i ściskajmy kciuki żeby za rok przy nazwie Festiwal Przestrzeń Muzyki pojawiła się data 2011 i „do zobaczenia za rok w Łodzi na festiwalu alternatywnym” jak powiedział schodząc ze sceny Krzysztof Ostrowski z Cool Kids of Death.