|
Artykuł
06 sierpnia 2010 (21:29)
Porcupine Tree w klubie Wytwórnia w Łodzi 17.VII.2010
Steven Wilson to jeden z tych ludzi, którzy czego by się nie tknęli zamieniają w złoto. Świetny kompozytor, świetny tekściarz, świetny producent. A jednak mimo faktu, że jestem fanem jego działalności wszelakiej, mimo posiadania już kilkukrotnie wejściówek na występ jego Porcupine Tree, zawsze w ostatniej chwili coś mi wypadało i z możliwości doświadczenia ich muzyki na żywo musiałem rezygnować. Ale "Co się odwlecze to nie uciecze", jak mówi przysłowie. Stała się bowiem rzecz co najmniej niepojęta. Oto bowiem 17 lipca 2010 roku Porcupine Tree zawitało do omijanej szerokim łukiem przez dziewięć na dziesięć wartych zobaczenia zespołów Łodzi. Dla dodania dramaturgii dodam, że to właśnie w Łodzi stacjonuje obecnie niżej podpisany, który przy okazji poprzednich koncertów ekipy Stevena Wilsona musiał martwić się o ciułanie po odległych dla siebie rejonach Polski. Trudno to nawet nazwać okazją. To był znak. Kiedy już otrząsnąłem się z euforii przyszedł czas na formalności związane z dostaniem się na koncert. Ich załatwianie bardzo miło przebiegło dzięki uprzejmości agencji rockserwis.pl, której też przy okazji chciałbym podziękować. Dziękuję. Wnioskując z tablic rejestracyjnych samochodów zaparkowanych w okolicy klubu Wytwórnia, w którym odbywał się koncert, na pojawienie się tego dnia w Łodzi nabrali ochoty ludzie najróżniejszych rejonów Polski. I słusznie. Pojawienie się tego upalnego dnia na koncercie Porcupine Tree warte było opuszczenia plaż, gór, sukiennic, czy jezior. Zanim występ się rozpoczął z głośników popłynął męski głos oznajmiający, że zespół prosi o nie rejestrowanie występu w żaden sposób. Muzycy nie życzyli sobie aby błyskały flesze aparatów i salę koncertową wypełniało światło wyświetlaczy telefonów korkowych. Apel oczywiście został uszanowany w stopniu, który można było przewidzieć. Ograniczył się on do przegonienia w niewybredny sposób tłumu akredytowanych fotografów spod sceny po upływie dziesięciu minut występu. Kto akredytacji nie miał materiału nazbierał dowoli. Nie byłoby to tak irytujące, gdyby chociaż robiący zdjęcia darowali sobie flesze, ale gdzie tam. W trakcie koncertu błyskało momentami jakby wewnątrz Wytwórni rozpętała się burza. Drugą część koncertu rozpoczęli od „Time Flies” ze swojego ostatniego albumu „The Incydent”. Potem jeszcze tylko: „Degree Zero of Liberty”, “Octane Twisted”, ”The Séance”, “Circle of Manias” i Steven Wilson ze swoją świtą sprawili, że ten wieczór pozostanie mi na długo w pamięci. Przed ich łódzkim koncertem, jak to mam w zwyczaju, sprawdzałem co znajduje się w setlistach granych w innych miastach na trasie. Nigdzie nie znalazłem pewnego wielbionego przeze mnie utworu Porcupine Tree. W Łodzi natomiast „Buiyng New Soul”,ku mojej ogromnej uciesze zagrali. Dzięki Panowie! Po moim faworycie zabrzmiały już tylko trzy utwory (między innymi świetne „Normal”) i koncert dobiegł końca. Co prawda na bis zabrzmiały jeszcze „Trains”, w trakcie których w dowcipny sposób został przedstawiony zespół, a zebranym było dane odsłuchać fragment tematu przewodniego z „Różowej Pantery” w wykonaniu Colina Edwina i melodyjek, które obsługujący instrument klawiszowe Richard Barbieri puszczał ze swojego iPhone-a, ale potem nie było już nic. Nie zabrzmiały już żadne utwory i trzeba było z żalem opuszczać klub Wytwórnia. Właśnie, czy z aż tak wielkim żalem? Koncert był świetny pod każdym względem. Setlista, mimo narzekań malkontentów bardzo dobra, mimo iż w większej części składał się z utworów ze średnio przyjętego „The Incydent”. Zespół w świetnej formie. Brzmienie bez zarzutu. Publiczność zadowolona. Zespól zresztą wnioskując z tego co było widać na scenie też. Więc dlaczego mimo tego wszystkiego czułem niedosyt opuszczając salę koncertową? Może popełniłem jeden z największych błędów, jakie można wybierając się na koncert? Stworzyłem sobie jego perfekcyjne i nieosiągalne wyobrażenie. A może jednak faktycznie pomimo zaliczenia wszystkich obowiązkowych punktów na piątkę występowi temu zabrakło tego czegoś ponadprzeciętnego za co można wystawić ocenę celującą? Na chwilę obecną nie wiem. Będę mądrzejszy kiedy następnym razem nad Wisłę zawita Porcupine Tree i po raz kolejny będę miał okazję zobaczyć ich na żywo. Bo po tym czego byłem świadkiem, na kolejny koncert wybiorę się na pewno.
Podobne
ARTYKUŁY
Sklep - losowe towary
|
Wywiady
Relacje
Recenzje
Wideo
Statystyka
|