23 maja 2012, Środa

Artykuł

06 sierpnia 2010 (21:29)

Porcupine Tree w klubie Wytwórnia w Łodzi 17.VII.2010





Steven Wilson to jeden z tych ludzi, którzy czego by się nie tknęli zamieniają w złoto. Świetny kompozytor, świetny tekściarz, świetny producent. A jednak mimo faktu, że jestem fanem jego działalności wszelakiej, mimo posiadania już kilkukrotnie wejściówek na występ jego Porcupine Tree, zawsze w ostatniej chwili coś mi wypadało i z możliwości doświadczenia ich muzyki na żywo musiałem rezygnować. Ale "Co się odwlecze to nie uciecze", jak mówi przysłowie.

Stała się bowiem rzecz co najmniej niepojęta. Oto bowiem 17 lipca 2010 roku Porcupine Tree zawitało do omijanej szerokim łukiem przez dziewięć na dziesięć wartych zobaczenia zespołów Łodzi. Dla dodania dramaturgii dodam, że to właśnie w Łodzi stacjonuje obecnie niżej podpisany, który przy okazji poprzednich koncertów ekipy Stevena Wilsona musiał martwić się o ciułanie po odległych dla siebie rejonach Polski. Trudno to nawet nazwać okazją. To był znak. Kiedy już otrząsnąłem się z euforii przyszedł czas na formalności związane z dostaniem się na koncert. Ich załatwianie bardzo miło przebiegło dzięki uprzejmości agencji rockserwis.pl, której też przy okazji chciałbym podziękować. Dziękuję. Wnioskując z tablic rejestracyjnych samochodów zaparkowanych w okolicy klubu Wytwórnia, w którym odbywał się koncert, na pojawienie się tego dnia w Łodzi nabrali ochoty ludzie najróżniejszych rejonów Polski. I słusznie. Pojawienie się tego upalnego dnia na koncercie Porcupine Tree warte było opuszczenia plaż, gór, sukiennic, czy jezior.


Zanim występ się rozpoczął z głośników popłynął męski głos oznajmiający, że zespół prosi o nie rejestrowanie występu w żaden sposób. Muzycy nie życzyli sobie aby błyskały flesze aparatów i salę koncertową wypełniało światło wyświetlaczy telefonów korkowych. Apel oczywiście został uszanowany w stopniu, który można było przewidzieć. Ograniczył się on do przegonienia w niewybredny sposób tłumu akredytowanych fotografów spod sceny po upływie dziesięciu minut występu. Kto akredytacji nie miał materiału nazbierał dowoli. Nie byłoby to tak irytujące, gdyby chociaż robiący zdjęcia darowali sobie flesze, ale gdzie tam. W trakcie koncertu błyskało momentami jakby wewnątrz Wytwórni rozpętała się burza.
Zaczęli tak jak na wszystkich koncertach tej trasy od „Ocamm’s Razor” przechodzącego szybko w „The Blind House”, i od razu pierwsze miłe zaskoczenie. Świetne, w porównaniu z tym czego miałem okazję doświadczyć na koncertach prog-rockowych zespołów brzmienie. Duży plus dla klubu Wytwórnia. Każdy z instrumentów był czytelny, każdy z nich pełnił rolę pięknego klejnotu ozdabiającego ten występ, i tylko głos Stevena Wilsona mógł sobie pozwolić na rolę perły w koronie. A sam Wilson? W trakcie odgrywania utworów jakby nie obecny. Obudził się tylko dwa razy kiedy zapomniał tekstu, za pierwszym razem do granego pierwszy raz od siedmiu lat „Pure Narcotic”, drugi raz bodajże przy okazji „Normal”. Za każdym razem przepraszał za luki w pamięci, ale nie musiał. Publiczność jadła mu z ręki. Między utworami bardziej, lub mniej udanie dowcipkował, ale czy żart był lepszy, czy gorszy na sali dało się słyszeć śmiech dobiegający z wielu gardeł. W trakcie utworów, oprócz podanych wyjątków, prawie cały czas oddany swojej muzyce, nie tyle ją przekazywał, co stawał się dla niej tylko narzędziem Zupełnie jak szaman, który w trakcie rytuału staje się naczyniem dla komunikujących się z zebranymi duchów. Wrażenie to potęgowały też jego, jakby nie do końca kontrolowane ruchy jak i fakt, że na scenie stawił się boso. Wycieczki po scenie urządzał też sobie grający na basie Colin Edwin. W swoim nieodłącznym berecie, jak zawsze jakby ostrożnie, jakby szykując się do spłatania jakiegoś dowcipu. Oczywiście na jego twarzy gościł ten zawadiacki uśmiech. Uśmiech typowy dla osób, które zrobiły Ci dowcip, z którego wszyscy się śmieją, a o którym Ty nie wiesz. Cały ten obraz doskonale uzupełniały wyświetlane na znajdującym się za muzykami ekranie wizualizacje. Co prawda niektóre z nich sprawiały wrażenie jakby nie były niczym więcej niż wizualizacjami z jakimi mamy do czynienia chociażby w winampie, ale w większości nie wywoływały negatywnych emocji. Nie wywołała ich nawet dziesięciominutowa przerwa, którą muzycy zarządzili po odegraniu „Dark Matter”. Frontman zespołu stwierdził, że wrócą po dziesięciominutowej przerwie, po czym muzycy zeszli ze sceny, a na ekranie, na którym dotychczas pojawiały się wizualizacje ukazał się zegar odmierzający obiecane dziesięć minut. O ile poprzednim razem kiedy spotkałem się z takim zachowaniem same naszły mnie skojarzenia z jarmarcznymi kapelami, o tyle teraz pozostaje mi takiemu pomysłowi przyklasnąć. W klubie było piekielnie gorąco. Tak ze względu na panujące na zewnątrz klubu upały, jak i gorącą atmosferę w jego wnętrzu wywołaną przez prawie pełen klub ludzi oraz związane z występem Porcupine Tree emocje. Nie było więc sensu żeby prowokować nikomu niepotrzebnych omdleń i udarów. O dziwno po równo dziesięciu minutach muzycy stawili się ponownie.


Drugą część koncertu rozpoczęli od „Time Flies” ze swojego ostatniego albumu „The Incydent”. Potem jeszcze tylko: „Degree Zero of Liberty”, “Octane Twisted”, ”The Séance”, “Circle of Manias” i Steven Wilson ze swoją świtą sprawili, że ten wieczór pozostanie mi na długo w pamięci. Przed ich łódzkim koncertem, jak to mam w zwyczaju, sprawdzałem co znajduje się w setlistach granych w innych miastach na trasie. Nigdzie nie znalazłem pewnego wielbionego przeze mnie utworu Porcupine Tree. W Łodzi natomiast „Buiyng New Soul”,ku mojej ogromnej uciesze zagrali. Dzięki Panowie! Po moim faworycie zabrzmiały już tylko trzy utwory (między innymi świetne „Normal”) i koncert dobiegł końca. Co prawda na bis zabrzmiały jeszcze „Trains”, w trakcie których w dowcipny sposób został przedstawiony zespół, a zebranym było dane odsłuchać fragment tematu przewodniego z „Różowej Pantery” w wykonaniu Colina Edwina i melodyjek, które obsługujący instrument klawiszowe Richard Barbieri puszczał ze swojego iPhone-a, ale potem nie było już nic. Nie zabrzmiały już żadne utwory i trzeba było z żalem opuszczać klub Wytwórnia.


Właśnie, czy z aż tak wielkim żalem? Koncert był świetny pod każdym względem. Setlista, mimo narzekań malkontentów bardzo dobra, mimo iż w większej części składał się z utworów ze średnio przyjętego „The Incydent”. Zespół w świetnej formie. Brzmienie bez zarzutu. Publiczność zadowolona. Zespól zresztą wnioskując z tego co było widać na scenie też. Więc dlaczego mimo tego wszystkiego czułem niedosyt opuszczając salę koncertową? Może popełniłem jeden z największych błędów, jakie można wybierając się na koncert? Stworzyłem sobie jego perfekcyjne i nieosiągalne wyobrażenie. A może jednak faktycznie pomimo zaliczenia wszystkich obowiązkowych punktów na piątkę występowi temu zabrakło tego czegoś ponadprzeciętnego za co można wystawić ocenę celującą? Na chwilę obecną nie wiem. Będę mądrzejszy kiedy następnym razem nad Wisłę zawita Porcupine Tree i po raz kolejny będę miał okazję zobaczyć ich na żywo. Bo po tym czego byłem świadkiem, na kolejny koncert wybiorę się na pewno.

[zapraszamy do obejrzenia galerii]



Redaktor: . Kosa, Wyświetleń: 888 [do góry]
Podobne

ARTYKUŁY

Lp Tytuł Data
1 Rockowe Za-Mieszanie w Stolicy Podkarpacia vol.III - Rzeszów 20.01.2011 #912 29 stycznia 2011 (22:33)
2 Rockowe Za-Mieszanie II, Rzeszów 09.12.2010 #515 15 grudnia 2010 (20:50)
3 XV - lecie zespołu ARTROSIS, Rzeszów #805 01 grudnia 2010 (19:50)
4 Relacja z urodzin Piguły w Kontrastach - THE ANALOGS #1462 20 listopada 2010 (18:40)
Statystyka

Łukasz Kryściak © 2010 - 2012 rock.shemir.pl, Wszystkie prawa zastrzeżone!