21 sierpnia 2010 (20:18)
Living Colour – Wrocław, Alibi, 18.08.2010
Corey Glover w wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Newsweek Polska” powiedział, że europejscy fani są lepsi od tych zza oceanu. Wokalista doceniał to, że – w przeciwieństwie do Amerykanów – fani ze Starego Kontynentu cenią artystów nie tylko za ich ostatnie dokonania. I dobrze, bo gdyby na koncercie we wrocławskim klubie „Alibi” mieli pojawić się entuzjaści ostatniej, średnio udanej płyty kwartetu „The Chair In The Doorway”, byłoby ich jeszcze mniej. A i tak trudno powiedzieć, żeby klub pękał w szwach.
Zespół zameldował się na scenie około 21.20. Wcześniej można było podejrzeć muzyków przechadzających się po klubie. Perkusista Will Calhoun na długo przed rozpoczęciem koncertu krzątał się po scenie, przez moment przebiegał przez nią ubrany w biały dres wokalista Corey Glover. W trakcie występu wyglądał już zupełnie inaczej, w dżinsowej koszuli i lumpiarskiej marynarce wyglądał jak kloszard. Pozostali wyglądali zdecydowanie dostojniej, ale przecież nie o wygląd tutaj chodzi, ale o muzykę. A na tym polu działy się rzeczy wybitne. Zaczęli od skomplikowanego „Ignorance Is Bliss”. Od samego początku doskwierał hałas. Zespół brzmiał zdecydowanie zbyt głośno, jak na rozmiar sali, w której grał. Mimo wszystko udało się ustawić instrumenty tak, że wszystko brzmiało selektywnie. Po „Song Without Sin” przyszedł czas na „Middle Man” – pierwszego reprezentanta kultowej płyty „Vivid”. Diametralnie inne przyjęcie miały najnowsze piosenki kwartetu, których w repertuarze było aż sześć. Zaskakująco dobrze na żywo wypadło „Burned Bridges”. Za to „Decadance”, „The Chair” i „Young Man” nie zyskały w koncertowych aranżacjach. Pięknie za to brzmiały „Behind The Sun” i „Bless Those (Annie’s Prayer)” – dwa najlepsze fragmenty „The Chair In The Doorway”. Zwłaszcza ten drugi, mocno funkujący numer cudownie kołysał na koncercie. Nie zabrakło oczywiście reprezentantów pozostałych płyt formacji. Świetnie wypadł „Elvis Is Dead”, w którym Corey długo przekomarzał się z gitarzystą Vernonem Reidem w kwestii tego, czy Elvis żyje, czy też nie. W utworze nie zabrakło cytatów z twórczości Presleya, dodatkowo Glover popisał się obłędnym układem choreograficznym imitującym ruchy Króla. Świetnie wypadło rozbujane „Bi”, rozciągnięte do ponad siedmiu minut.
Od zawsze wiadomo, że muzycy Living Colour to genialni instrumentaliści. Nikogo nie zdziwiło więc, że przygotowali partie solowe. Basista Doug Wimbish zszedł ze sceny, by zagrać wśród wniebowziętej publiczności. Will Calhoun ubarwił swój solowy popis m.in. poprzez grę świecącymi pałeczkami.
Końcówka koncertu wprawiła publiczność w totalny zachwyt. Publiczność oszalała przy „Type” i „Cult of Personality”. Muzycy schodzili ze sceny po ponad dwugodzinnym show. Wrócili jeszcze, by zagrać „Should I Stay Or Should I Go” z repertuaru The Clash, po czym pokłonili się publiczności, by zniknąć w garderobie. Tylko na kilka chwil, bowiem już po dziesięciu minutach wszyscy zameldowali się przy stoisku z gadżetami, gdzie rozmawiali z fanami, podpisywali płyty, pozowali do zdjęć. Rozluźnieni, uśmiechnięci. Widać, że kochają grać. Widać też, że przekładają lojalność fanów ponad ich ilość. W tym względzie mogli się czuć spełnieni, bowiem w ten sierpniowy wieczór we wrocławskim klubie nie było przypadkowych osób. Wszyscy zgromadzeni fani doskonale znali twórczość nowojorskiego kwartetu.
[zapraszamy do obejrzenia galerii]
Redaktor:
Maciej Kancerek, Wyświetleń:
477 [do góry]